Jak zacząłem i dalej …

12

Autor bloga przy „służbowym” akwarium w biurowym pokoju (2002)

Moje pierwsze spotkania z akwarystyką zbiegają się z chwilą, gdy w wieku 5-6 lat zacząłem w swoim otoczeniu rozpoznawać coś, co okazało się być domowym akwarium. W owym czasie mój ojciec był zamiłowanym akwarystą i w ponad 200-stu litrowym, ramowym zbiorniku utrzymywał kilka dorodnych, marmurkowych skalarów (ponoć był to sam import z byłej NRD) oraz nadzwyczaj wyrośnięte, jednolicie czerwone mieczyki i czarne jak smoła molinezje. I właśnie od tych ostatnich wszystko się zaczęło.

15

Akwarystyka zimnowodna, czyli chów i rozmnażanie zarówno krajowych, jak i obcych, zimnolubnych gatunków ryb, roślin i bezkręgowców wodnych zawsze była i jest mi bliska (2003)

Pewnego dnia bardzo zapragnąłem mieć taką właśnie czarną rybkę i hodować ją w słoiku po wekach. Uczęszczałem wtedy do przedszkola. Byłem do tego stopnia namolny i nieustępliwy, że chodziłem za ojcem krok w krok i ze łzami w oczach błagałem go, aby dał mi choć jedną, czarną rybkę. Nie pomagały jego wyjaśnienia, że molinezja nie będzie żyła w małym słoiku, że musi mieć odpowiednią temperaturę wody, napowietrzanie itp. Naturalnie absolutnie nie przyjmowałem tego do wiadomości.

8

Kiedyś, dawno temu zaczynałem hodowlę gołębi (tu pawików) w małym gołębniku, zawieszonym na ścianie garażu (1997)

Kiedy już na dobre wpadłem w rozpacz ojciec postanowił, że jak się uspokoję i będę grzeczny, to może coś dostanę na Mikołajki. Trochę mnie to udobruchało, bo „święto” owe wypadało za trzy dni. Rankiem 6. grudnia zobaczyłem, że na moim biurku stoi napełniony wodą słoik z czymś w środku. Jak oparzony wyskoczyłem z łóżka, aby z bliska obejrzeć to cudo. Oczom moim ukazała się niewielkich rozmiarów rybka, bardziej brązowa niż czarna, która leżała nieruchomo na dnie, nie reagując na moje pukanie palcami w ściankę słoika. Może nie żyje? – pomyślałem ze zgrozą. Ojciec uspokoił mnie zaraz wyjaśniając, że rybka zjadła właśnie obiadek i teraz sobie leżakuje 🙂 Czekając przez resztę dnia na to, aż się wreszcie obudzi odkryłem nagle, że owa wyśniona molinezja, ów przedmiot westchnień i marzeń jest, o zgrozo, ulepiona z … plasteliny!. Wpadłem w histerię …

2222

Codzienna opieka nad rybami to dla mnie czysta przyjemność, odpoczynek i wyluzowanie po dniu pracy (2004)

Ojcu zaś poprzysiągłem zemstę za to, że tak mnie oszukał i przez chwilę pozwolił żyć złudną nadzieją posiadania żywej rybki. On jakby czując, iż poważnie mi się naraził, zaraz wyłowił ze swojego akwarium młodą samiczkę gupika. Następnie wpuścił ją do litrowego słoika, do którego uprzednio nasypał trochę żwirku i zasadził w nim małą roślinkę (wyglądała jak sałata, a ja jeszcze długo potem wierzyłem, że było to autentyczne warzywo). Moja żałoba natychmiast poszła w niepamięć, niestety nie na długo. Oto bowiem postawiłem słoik z rybką zbyt blisko kaflowego pieca, który w nocy mocno się rozgrzał i biedna gupiczka zginęła z przegrzania. Rano z przerażeniem znalazłem ją martwą, wygiętą w pół i unoszącą się pod powierzchnią. Świat przysłoniły mi szczere i gorzkie łzy. Rodzicom pozostało już tylko jedno – czym prędzej kupić mi prawdziwe akwarium!

HUBERT3_2004

Autor z córka Natalią podczas karmienia amadyn wspaniałych w klatkach rozstawionych na obudowanym balkonie (2004)

Cel – akwarium

Pierwsza uległa mama i kupiła mi małą, bo tylko trzylitrową kulę wodną. Było to naczynie przeznaczone bardziej do serwowania sałatek owocowo-warzywnych czy kompotu, aniżeli chowu rybek, ale w tamtych czasach o prawdziwą kulę wodną było raczej trudno. U znajomych w sklepie akwarystycznym przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie rodzicielka zakupiła mi dwa mieczyki. Pamiętam, że samiec miał czarną płetwę ogonową. Jakaż była moja radość, gdy mogłem je oglądać pływające w mojej kuli (dziś akwaryści są słusznie piętnowani za trzymanie ryb w kuli). Moje dąsy w stosunku do ojca minęły z chwilą, gdy podarował mi kilka pływających paproci i małego ślimaka. Wreszcie miałem swoje pierwsze „akwarium”. Nie mogłem się z nim rozstać i gdybym tylko mógł to stawiałbym je na noc przy łóżku, ale rodzice stanowczo mi tego zabronili tłumacząc, że miejsce na stoliku pod lampą jest dla niego najwłaściwsze. Jednak jakieś złośliwe fatum ciążyło nade mną, a radość z nowego hobby ponownie nie trwała długo.

Zbiorniki hodowlane

Zbiorniki hodowlane do odchowy ryb jajożyworodnych, rozstawione na regale w kuchni 🙂

Dekoracyjne akwariumtowarzyskie

Dekoracyjne akwarium towarzyskie – mam i takie, choć większość moich zbiorników przeznaczona jest do tarła i odchowu potomstwa

Autor podczasfotografowaniaroślin błotnych (2005)

Fotografowanie roślin błotnych i bagiennych stanowi dla mnie pełen wyzwań relaks (2005)

Bagienko dla roślin błotnychi bagiennych

Bagienko dla roślin błotnych i bagiennych na działce autora. W jego pobliżu, wśród usypisk kory, liści, pniaków i korzenie zimują niektóre płazy (2010)

Wróciwszy z przedszkola zawsze brałem swoją kulę i zanosiłem do kuchni. Tam stawiałem ją przed sobą na stole, aby móc obserwować rybki w czasie jedzenia obiadu. Pewnego razu odnosiłem ją z powrotem do pokoju, gdy nagle …, zawadziłem nogą o zagiętą krawędź dywanu i ….bęc. Cały mój podwodny świat w jednej chwili roztrzaskał się o drewnianą podłogę. Stałem jak wryty nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Ojciec był na mnie bardzo zły i długo wytykał mi moją głupotę. Rybki jednak przeżyły katastrofę, ale przy ich szukaniu na dywanie, niechcący zgniotłem ślimaka. Wpuściliśmy je do zwykłego słoika po kompocie, gdyż ja w żadnym wypadku nie zgodziłem się na ich przełożenie do tatowego akwarium. Po niespełna godzinie obydwa mieczyki były już w krainie wielkich łowów, zapewne z powodu obrażeń jakie doznały podczas upadku. Chcąc powstrzymać mój ból i rozpacz po stracie ukochanych rybek, mama czym prędzej kupiła mi parkę gupików. Wpuściłem je tym razem do większego, kilkulitrowego słoja, który dostałem od babci. Miałem też swoją „sałatę” zasadzoną w piasku. To filigranowe akwaryjko wieczorami podświetlałem zwykłą latarką (nie nadążałem z tego powodu wymieniać baterii). Rybki miały się całkiem dobrze, karmione suszonymi rozwielitkami. Pewnego ranka moja radość sięgnęła zenitu, gdy okazało się, iż w nocy samica wydała na świat 3 młode (resztę zapewne zjadła). W związku z powiększeniem się mojej hodowli potrzebowałem przestronniejszego akwarium, którym na początku stał się ramowy, trzydziestolitrowy zbiornik i …. tak oto moja akwarystyczna przygoda trwa nieprzerwanie aż do dziś :))

12

Zestaw zbiorników hodowlanych do rozrodu małych gatunków ryb (2010)

Największą radość z trzymania ryb sprawiało oczywiście dochowanie się potomstwa, nawet od tych najpospolitszych gatunków – gupików i mieczyków. To właśnie już w tym wczesnym okresie mojej akwarystycznej przygody doszedłem do wniosku, że rozród ryb najbardziej mnie fascynuje. Pamiętam ciągłe sprzeczki z domownikami, że moje akwaria rzekomo nie wyglądają ładnie i przypominają bardziej hodowlaną fermę niż dekoracyjne zbiorniki. To prawda, wszystko było bowiem podporządkowane rozmnażaniu ryb i odchowywaniu sporej liczby narybku. Ten, rzecz jasna, potrzebował dużo drobnego, najlepiej żywego pokarmu. O larwach solowców mogłem wtedy tylko pomarzyć. Zooplankton zaś z powodzeniem poławiałem na pobliskich sadzawkach i wyrobiskach pożwirowych. Dość powiedzieć, że szedłem na wagary łapać wioślaki i oczliki. Raz i to w ósmej klasie skończyło się to nawet koniecznością zaliczania wszystkich opuszczonych lekcji z języka rosyjskiego. Używałem prostej siatki z pończochy. Pamiętam, że rozwielitek i oczlików było w tamtym czasie bez liku. Obecnie na skutek drastycznego obniżenia się poziomu wód gruntowych i zmian klimatycznych zbiorników wodnych, w których można by pozyskiwać duże ilości zdrowego zooplanktonu jest znacznie, znacznie mniej.

kuchnia

Autor podczas podmieniania wody w swoich zbiornikach (2012)

W szkole podstawowej akwaryści znali się dobrze i często wymieniali między sobą ryby i rośliny. Nie ukrywam, że uchodziłem za autorytet akwarystyczny i zostałem opiekunem dwóch akwariów w sali przyrodniczej. Niestety poza gupikami i mieczykami w szkole niewiele dało się uchować. Raz starszy kolega założył około 80 l zbiornik ze skalarami (i bodajże gurami), ale w krótkim czasie ryby zostały skradzione, a inne padły. Niemniej handel zoologiczny w szkole podstawowej nie należał do rzadkości. Nauczyciele byli zazwyczaj przyzwyczajeni, że na mojej ławce stoi często słoik z rybkami, które próbowałem jakoś utrzymać w dobrej kondycji do końca zajęć. Nie zawsze to się niestety udawało. W tamtych czasach transport ryb w foliowych woreczkach z dodatkiem sprężonego tlenu należał do rzadkości. Noszenie słoika z rybami pod pazuchą było nieodłączną częścią akwarystycznego rytuału, który sprawiał mi zawsze wielką radość z przynoszenia wciąż nowych ryb do ukochanego akwarium. W mojej klasie na 26 osób było 6 akwarystów – wszyscy chłopcy. Po latach prawdziwie „rozwinąłem się” i pozostałem wierny akwarystyce tylko ja. Co prawda, niektórzy koledzy wracali do hobby zakładając zbiornik z paletkami czy pyszczakami, ale były to raczej pojedyncze i niestety krótkotrwałe zrywy podyktowane najczęściej panującą modą lub osobliwym rodzajem snobizmu.

salon

Autor przy jednym ze swoich licznych zbiorników (2012)

Jako kilkunastoletni chłopak regularnie czytałem prasę zarówno fachową (sztandarowy dwumiesięcznik Polskiego Związku Akwarystów – „Akwarium”), jak i popularnonaukową – co drugi tydzień w Świecie Młodych publikowane były artykuły o tematyce akwarystycznej. Ich autor podpisywał się dość tajemniczo, a mianowicie jako … Danio malabarski. Zawsze z utęsknieniem wyczekiwałem obydwu pism. Ze „ŚM” wycinałem rubrykę akwarystyczną i wklejałem ją do specjalnie do tego celu założonego brulionu, który przechowuję i przeglądam do dziś. Swój debiut literacki w prasie akwarystycznej zacząłem od napisania artykułu pt. „Zamiast kolorowej egzotyki – wskazówki na temat hodowli różanki (Rhodeus sericeus amarus)”, który ukazał się w nr 1/2 dwumiesięcznika „Akwarium” w 1984 r. Od mniej więcej tego momentu zrozumiałem bowiem, że akwarystyka to nie tylko gatunki tropikalne (wówczas jednak różanka nie była jeszcze objęta całkowitą ochroną prawną, jak ma to miejsce obecnie). Wielu bowiem przedstawicieli naszej krajowej ichtiofauny znakomicie prezentuje się, a nawet rozmnaża w domowych akwariach zimnowodnych. Uważam, że dobry akwarysta powinien znać biologię rodzimych gatunków ryb. Z wieloma z nich łączy się niestety smutna rzeczywistość. Coraz bardziej postępująca degradacja środowiska naturalnego sprawia, że populacje niektórych gatunków gwałtownie się kurczą. Potrzeba ich skutecznej ochrony stała się zatem nadrzędnym celem.

Objazdy piątkowe

13

Zestaw zbiorników hodowlanych w domku na działce autora (2009)

Uczęszczając do szkoły średniej starałem się każdą wolną chwilę poświęcać akwarystyce. W każdy piątek, po lekcjach wraz z jednym kolegą jechaliśmy pociągiem do pobliskiego Milanówka, aby odwiedzić tam, dość dobrze zaopatrzony (jak na owe czasy) sklep zoologiczny. Następnie szliśmy do kolejki WKD i jechaliśmy z kolei do Pruszkowa – tam też był zoolog prowadzony przez miłego pana krawca. Czasami coś ciekawego udało się w nich kupić, np. „minorki” czy brzanki brokatowe, ale najczęściej sklepy zoologiczne w czasach PRL-u oferowały jedynie najpospolitsze gatunki rybek akwariowych, przede wszystkim żyworódek i jajorodnych karpiowatych (dania, kardynałki, brzanki). Przy odrobinie szczęścia można było kupić dorosłą (a czasami nawet dobraną) parę skalarów lub innych pielęgnic, wyrośnięte gurami, dorosłe mieczyki i molinezje, a czasami jakiegoś kirysowatego czy zbrojnikowatego. Prawdziwym łutem szczęścia było (i nadal jest!) przyjście do sklepu w momencie, gdy swoje nadwyżki hodowlane odsprzedawał jakiś dobry hodowca, zwykle emeryt lub rencista. Jego molinezje czy mieczyki nigdy się nie „kołysały” na boki, nie miały złożonych płetw, były pięknie wybarwione i wyrośnięte, a samice – wprost do granic nabite zarodkami.

regal

Regał hodowlany autora (2006)

Regularnie bywałem też w stolicy, gdzie przez długie lata pracowała moja mama. Jej znajoma prowadziła malutki sklepik akwarystyczny w bramie przy ul. Nowogrodzkiej. Oferowane w nim ryby (najczęściej młode) nie były co prawda tanie, jak na kieszeń ówczesnego uczniaka, ale nigdy nie widziałem tam chorego osobnika. Ot, właściciele wiedzieli jak je właściwie pielęgnować i od kogo kupować towar (a może sami je rozmnażali?). Znali się też dobrze na uprawie roślin, gdyż dwa dekoracyjne zbiorniki na widoku wprost tryskały zielenią. Z tego okresu najbardziej utkwiły mi w pamięci dwa z nich – długi i niski ze stadem kilkuset neonów Innesa i dnem obsadzonym jednym z gatunków tropikalnej marsylii (prawdopodobnie zmiennolistnej) oraz drugi – wysoki i obszerny z olbrzymimi skalarami i pięknie wyrośniętymi mieczykami oraz gigantycznymi brzankami sumatrzańskimi. Wadą tego skądinąd najlepszego w tamtym czasie zoologu była bardzo mała powierzchnia. Dość powiedzieć, że już dwie osoby wywoływały w sklepiku tłok. Mieli tu także znakomitej jakości rurecznika, po skarmianiu którego ryby nigdy nie chorowały.

plankton

Autor ze „sprzętem” do połowy planktonu (2013)

Innymi sklepami zoologicznymi, które pamiętam z okresu bycia nastolatkiem były dwa znajdujące się obok siebie przy ul. Nowy Świat – prywatny i państwowy. Ten pierwszy zanim po latach stał się w pełni nowoczesnym zoologiem uchodził raczej za miejsce kupowania ptaków ozdobnych, gdyż oferowane w nim ryby były cokolwiek wątpliwej jakości. Ponadto akwarii nie czyszczono regularnie i woda częstokroć przypominała nieświeżą, zieloną zupę. W sklepie panował ogólny zaduch i smród, który z trudem większość klientów tolerowała. Jednak w przeciwieństwie do innych zoologów można tu było nabyć dorosłe ryby, np. wyrośnięte egzemplarze pielęgnicowatych. Konkurencyjny sklep państwowy zdawał się być o wiele lepiej utrzymanym, jednak oferowano w nim głównie młode osobniki pospolitych gatunków. Czasami, choć rzadko można było po dostawie wybrać coś ciekawszego, np. dorodnego mieczyka. Był on jednak dobrze zaopatrzony w sprzęt akwarystyczny i wszelkie akcesoria, a także paletę pokarmów (było to jedyne znane mi wówczas miejsce w Warszawie, gdzie można było kupić zarodową porcję nicieni „mikro” czy doniczkowców). Z biegiem czasu zoolog ten nie wytrzymywał jednak konkurencji na rynku i jak wszystko co państwowe musiał się zreformować lub zaprzestać działalności. Wybrano to drugie. Zresztą prywatnego zoologa też już nie ma.

2

Klatka na wolnym powietrzu (2012) – rozmnażałem w niej m.in. gołąbki diamentowe, nierozłączki, świergotki, ryżowce i inne

Jak już wspomniałem od najmłodszych lat fascynował mnie rozród ryb. Już jako nastolatek mierzyłem dość wysoko, bo zapragnąłem rozmnożyć skalary. Nie mogłem ich hodować z uwagi na posiadanie zbyt płytkich zbiorników uniemożliwiających ich prawidłową pielęgnację. Ojciec bowiem, w obawie przed zalaniem mieszkania, pozwalał mi na posiadanie tylko takowych. Rozmnożenie skalarów było zatem przez długi czas moim głównym celem hodowlanym. Choć łatwo było doprowadzić je do tarła, to zawsze miałem kłopoty z utrzymaniem przy życiu larw i wykarmieniem narybku. Któregoś jednak razu udało się i odchowałem kilkadziesiąt sztuk młodych. Potem było już tylko lepiej: 150, 300, 550 i ponad 850 sztuk narybku. Wielokrotnie podejmowałem hodowlę pyszczaków z wielkich jezior afrykańskich, lecz moją uwagę przykuwały przede wszystkich kąsaczowate, pielęgnice amerykańskie, karpieńcowate, guramiowate czy kirysowate. Także z sentymentem wracam do żyworódek, ale tych rzadko goszczących w naszych akwariach. Potencjalnie jednak każdy gatunek znajduje się w sferze moich zainteresowań dopóki, doputy go nie rozmnożę i pomyślnie odchowam narybek. Dopiero wtedy rozglądam się za następnym. W ten sposób przez moje akwaria przewijają się wciąż nowe gatunki ryb i jednocześnie wyznaczam sobie stale nowe wyzwania hodowlane.

4

Wolierka dla drobnicy nad oczkiem wodnym, osłonięta pleksą, matą oraz dzikim winem (2013)

Akwarystyka to także, a dla pokaźnej części akwarystów przede wszystkim, rośliny i coraz bardziej popularne ostatnimi laty bezkręgowce wodne. Aktualna oferta jest w tym względzie przebogata. W czasach, gdy zobywałem pierwsze szlify w akwarystyce z roślin najpopularniejsze były nurzańce (zwane potocznie „trawkami”), kryptokoryny, wgłębka, paprotnica rutewkowa, zwana „sałatą”, kabomba, moczarka i rogatek (te dwa ostatnie gatunki częstokroć pozyskiwane były z naszych krajowych wód). Jeszcze uboższa była oferta na bezkręgowce, z których najpopularniejszymi były oczywiście ślimaki. O takich rarytasach jak słodkowodne krewetki można było tylko pomarzyć. Dziś wszystko uległo zmianie i przyjemności z akwarystyki można czerpać całymi garściami. Jednakże powstały też i liczne zagrożenia wynikające z chciwości i głupoty ludzkiej (barwienie ryb, kąpanie w substancjach wpływających na płodność, nieodpowiedzialne krzyżowanie, wypuszczanie gatunków tropikalnych do rodzimych zbiorników i cieków wodnych, rozprzestrzenianie się chorób w związku z intensywnym rozwojem importu, itp.). O tych wszystkich zagrożeniach powinniśmy zawsze pamiętać pielęgnując i rozmnażając naszych podopiecznych.

Powyższe informacje opisałem w artykule pt. „W moim życiu nie było nawet jednego dnia bez ryb”, Nasze Akwarium: 2006, 83, s. 46-50, www.akwarium.pl

11

Pierwsza woliera autora – podarunek od kolegi ojca (1997)

Pierwsze ptaki ozdobne zacząłem równie wcześnie „hodować”. Będąc w przedszkolu dostałem od ojca dwie papużki faliste. Ich żywot nie był jednak długi. Będąc w podstawówce zapragnąłem mieć kanarka. Razem z mamą pojechaliśmy więc do sklepów zoologicznych na Nowym Świecie w Warszawie. W państwowym nie było nic ciekawego, podczas gdy ptaki oferowane w prywatnym zoologu były bardzo drogie. Za pół ceny jednak rodzicielka kupiła mi wtedy młodego, pomarańczowego samczyka od handlarki przed sklepem. Jednak już wówczas pamiętam, z zaciekawieniem spoglądałem na zeberki, które obserwowałem przez okno wystawowe sklepu prywatnego. Kanarek niestety szybko mi padł, a kolejnym nabytkiem była właśnie para zeberek. Zakupione ptaki okazały się bardzo dla mnie szczęśliwe, gdyż odchowały dwa młode, co sprawiło mi nieopisaną wprost radość. Od tej pory hodowałem w różnych okresach czasu najrozmaitsze gatunki ptaków.

Inspiracją dla mnie byli i często są starsi hodowcy, m.in: śp. Adam Wyględowski z Brwinowa, śp. Jan Koper i śp. Michał Demczyszak z Podkowy Leśnej, śp. Edward Nowak z Grodziska Mazowieckiego i wielu, wielu innych.

3

Gołębnik na palu przerobiony na osobliwą klatkę dla zeberek na działce autora (2012)

Wcześniej hodowałem ptaki w klatkach, ale kiedy w 1997 r. dostałem od śp. Adama Wyględowskiego metalową wolierę, moja hodowla została skierowana na znacznie szersze tory. Od tej pory woliera była podstawowym lokum dla moich ptaków na okres wiosenno-letni.

Obecnie posiadam na działce wolierkę, którą wykonał dla mnie p. Ryszard Smosarski z Milanówka oraz trzy klatki, które również stoją na wolnym powietrzu, nieopodal trzech oczek wodnych. Oprócz tego stale „monitoruję” hodowle swoich kolegów i wiele zdjęć zostało zrobionych właśnie u nich. Priorytetem stało się dla mnie rozmnożenie danego gatunku i pomyślne odchowanie zdrowego, dorodnego potomstwa. Wszystko oczywiście, tak samo jak w przypadku wszystkich innych zwierząt, staram się skrupulatnie dokumentować przy pomocy cyfrowego aparatu fotograficznego.

OCZKO WODNE

oko

Oczko wodne dla ryb (2010)

Swoje pierwsze „oczko” zbudowałem jako dziesięcioletni chłopak, czyli ponad 30 lat temu, na działce, gdzie rodzice budowali nasz dom. Było to małe wgłębienie w ziemi o wymiarach nie większych niż 30×20×15 cm. Wyłożyłem je zaprawą podebraną murarzom wprost z betoniarki. Pamiętam, że po jej stwardnieniu i nalaniu wody wrzuciłem do niego garść moczarki kanadyjskiej i wpuściłem kilka różanek (w wodach południowego Mazowsza występowały wówczas bardzo licznie i nie były objęte ochroną prawną ścisłą, jak ma to miejsce obecnie), złapanych na podrywkę w pobliskich gliniankach. Oczywiście były to warunki iście spartańskie, ale ryby żyły przez wiosnę i część lata, aż pewnego dnia zainteresowały się nimi bezpańskie koty.

mini

Mini-oczko dla miniaturowych lilii wodnych na działce autora (2012)

Dziś mam trzy nieduże oczka wodne – jedno tradycyjne – dla ryb, drugie dość nietypowe – wyłącznie dla traszek zwyczajnych i żab zielonych (tzw. „płazarium”) oraz trzecie, najmniejsze – do uprawy miniaturowych lilii wodnych. Latem w tym ostatnim także żyją żaby zielone oraz ryby.

Ważnym elementem wodnego ekosystemu są dla mnie także rośliny, zwłaszcza gatunki błotne. Uprawiam je także w dwóch specjalnie przystosowanych do tego celu „bagienkach”, które tworzą wypełnione wodą i wkopane w ziemię kastry budowlane.

 

PŁAZY I GADY

Paludarium dla traszek

Paludarium dla traszek

Odkąd na dobre pochłonęła mnie pasja urządzania i pielęgnacji oczek wodnych, płazy zaczęły stanowić w nich ważny, a niekiedy wręcz najważniejszy element fauny. Dziś mam możliwość obserwowania w swoich oczkach (a zwłaszcza w bezrybnym „płazarium”) życia niektórych krajowych gatunków płazów, zarówno ogoniastych (traszki zwyczajne), jak i bezogonowych (głównie żaby zielone, ale także, choć znacznie rzadziej żaby trawne i grzebiuszki ziemne). Płazy same przybywają tu co roku na gody, a żaby zielone aktywne są praktycznie do jesieni. Co roku też „płazarium” opuszczają nowe pokolenia młodych, przeobrażonych traszek zwyczajnych i żab, co szczególnie mnie cieszy. Wraz z nadejściem jesiennych chłodów i deszczy moje zainteresowanie biologią płazów bynajmniej nie spowalnia, a wręcz przeciwnie. W mieszkaniu zawsze mam bowiem jedno lub dwa akwaterraria/paludaria, w których utrzymuję obce gatunki traszek, żab, aksolotle itp. Moim głównym obiektem hodowli są jednak traszki, szczególnie chińskie i Waltla.

plaz

Płazarium, czyli oczko bez ryb dla żab i traszek zwyczajnych na działce autora (2013)

Gady to zupełnie oddzielna historia. Moje zainteresowanie nimi zbiega się w czasie z narodzinami mojej córki, Natalii w 2001 r. Szczególną sympatią darzę jaszczurki. W tej dziedzinie mam jednak najmniejsze doświadczenie hodowlane, które jednak nieustannie doskonalę.

Hubert Zientek, Warszawa, Listopad 2011

Dodaj komentarz